Zakarpacie

Zakrpacki tygiel

Medyka. Ukraińska strażniczka graniczna zmarszczyła brwi i spojrzała badawczo w mój paszport, miała kłopoty z identyfikacją. Musiałam zdjąć czapkę. W grudniu przy 15 stopniach poniżej zera to spore poświęcenie) - nadal nie była pewna, zdjęłam więc okulary. Uff! Ta osoba na zdjęciu to jednak ja! Padło jeszcze tylko kontrolne pytanie dokąd jedziemy i już po dwóch godzinach byliśmy po stronie ukraińskiej.

Cel- Zakarpacie - jedna z najciekawszych części Ukrainy, oddzielona od pozostałych regionów kraju łukiem Karpat. Zakarpacka obłast, czyli odpowiednik naszego województwa, graniczy aż z czterema państwami: Polską, Słowacją, Węgrami i Rumunią. Od wieków region ten, to prawdziwy tygiel narodowości, kultur i wyznań. Mało jest w Europie miejsc, które w XX wieku, podobnie jak Zakarpacie, siedem razy zmieniałyby przynależność państwową. Rządzili tu na przemian: Węgrzy, Czesi, Ukraińcy, Rosjanie. Były także próby powołania niepodległego państwa - Rusi Zakarpackiej, ostatnia całkiem niedawno w 1993r. Co pozostało po tym wielkim historycznym zamieszaniu? Przede wszystkim ludzie. Dziś Zakarpacie jest najbardziej zróżnicowanym etnicznie regionem Ukrainy. Mieszkają tu Ukraińcy, Węgrzy, Rosjanie, Rumuni, Cyganie, Słowacy i Żydzi. Wielu na pytanie jakiej są narodowości odpowiada po prostu: jestem tutejszy.

BLASKI I CIENIE URLOPU W TERENIE

Po przekroczeniu granicy postanowiliśmy złapać busa. Niestety żaden z kierowców nie chciał z nami rozmawiać, co było dosyć dziwne, bo zazwyczaj kierowcy walczyli o pasażerów. Szybko okazało się, że negocjacjami z klientami zajmują się tu "smutni panowie" z mafii. To oni ustalają cenę i to oni zabierają 60% zysku. Kierowcy wykonują tylko ich polecenia. Po dłuższych targach wynajęliśmy jednak samochód. Naszym celem była wieś Tichy na Zakarpaciu, u podnóża ukraińskich Bieszczad. Mieliśmy do pokonania około 120 km. Podróż przez Stary Sambor i małe wsie była emocjonująca. Samochód nie miał prędkościomierza i...wycieraczek, co spostrzegliśmy dopiero gdy zaczęło padać. Borys, nasz kierowca, zupełnie się tym jednak nie przejmował. Po prostu co jakiś czas zatrzymywał samochód i wysiadał, by przetrzeć szybę. Ta metoda pochłaniała jednak dużo czasu i w takim tempie nasza podróż trwałaby "ruski rok". Postanowiliśmy więc dokończyć ją pociągiem. Po dziewięciu godzinach od przekroczenia granicy znaleźliśmy się na Zakarpaciu, we wsi Wołosianka. Mogłoby się wydawać, że przejechaliśmy spory kawałek drogi, tymczasem byliśmy... pięć kilometrów od polskiej granicy (w linii prostej). Niestety, w Bieszczadach nie można jej przekroczyć, przynajmniej legalnie... i trzeba jechać okrężną drogą. Do Tichego mieliśmy jeszcze osiem kilometrów. Ten odcinek musieliśmy pokonać pieszo. Wprawdzie do wsi dojeżdża autobus, ale tylko trzy razy w tygodniu i w dniu naszego przyjazdu akurat nie kursował. Mieszkańcy i tak bardzo się cieszą z tego połączenia. Dzięki niemu mogą dojechać na targ, do oddalonego o ok.70 km Użhorodu. Zimą sprzedają na nim mleko, które wożą w półtoralitrowych plastikowych butelkach, a latem handlują jagodami i warzywami. Za zarobione kilkanaście hrywien kupują to, czego sami nie mogą wychodować.

ŻYJE SIĘ CIĘŻKO

W Tichym zatrzymaliśmy się u naszych znajomych Natalii i Wasyla. Ci młodzi gospodarze należą we wsi do elity. Natalia jest nauczycielką, a Wasyl prowadzi dwa sklepy. Nie są jednak bogaci. Całe oszczędności przeznaczyli na wykupienie sklepów od Kombinatu Leśnego. Myśleli, że szybko im się zwróci, tymczasem okazało się, że obroty sklepów są bardzo małe. - Ludzie kupują u nas właściwie tylko chleb. Resztę produktów np. mięso, warzywa najczęściej mają swoje. Nawet wódki nikt nie kupuje bo i tak wszyscy pędzą samogon - opowiada Natalia. Po rozwiązaniu kołchozu, w okolicy pojawiło się bardzo duże bezrobocie. Ludzie cierpią na ciągły brak gotówki. Dorabiają więc drobnym handlem, kłusownictwem, nielegalną sprzedażą drewna. Popularne są wyjazdy do pracy do innych miast lub za granicę . Iwan z Tichego - jest policjantem w Użhorodzie. Pracuje co drugi dzień. Aby zdążyć na posterunek wychodzi z domu o drugiej nad ranem by o czwartej dotrzeć do Wołosianki. Stamtąd jedzie pociągiem do miasta. W pracy jest o 6:30. Problemy z zatrudnieniem spowodowały, że na Zakarpaciu pojawiły się wymierające wsie. Jedną z nich jest Husny. W rozwalających się chałupinach mieszkają tu sami starzy ludzie.

MEGAPOGRANICZE

Takie miejsca jak Husny to skarbnica wiedzy o Zakarpaciu. Podczas jednej z naszych wizyt w tej wsi , Luda (ur. w 1909r.) opowiedziała nam swój zakarpacki życiorys. Edukację rozpoczęła w szkole węgierskiej, potem chodziła do szkoły czechosłowackiej i jeszcze przed II wojną krótko uczyła się po ukraińsku. Niby nic dziwnego, tyle że Luda ani razu, w ciągu swojego życia, nie zmieniła miejsca zamieszkania, po prostu jej wieś w ciągu XX wieku kilka razy leżała w granicach innego państwa. Podobnie było z Serhijem z Tichego, który pamięta ze swojej austro-węgierskiej szkoły dyscyplinę i portret Franciszka Józefa. Dziś po Węgrach pozostały mu tylko czardasze, które nadal grywa na swoich skrzypcach. Węgrzy są dziś najliczniejszą mniejszością narodową na Zakarpaciu, zresztą nic dziwnego, to do nich region ten należał najdłużej. Nadal stanowią ok.13% ludności. Są na Zakarpaciu wsie zamieszkane wyłącznie przez nich. Natalia opowiadała jak pewna jej koleżanka postanowiła po studiach rozpocząć pracę w szkole. Oddelegowano ją do jednej z zakarpackich wsi. Gdy przyszła do szkoły, przywitała się z dziećmi po ukraińsku i zaczęła lekcję. Była jednak zaskoczona biernością maluchów. Po kilku minutach okazało się, że dzieci prawie nie rozumieją ukraińskiego, bo w domach i między sobą rozmawiają tylko po węgiersku. Do dziś istnieją na Zakarpaciu także enklawy: rumuńskie, słowackie i cygańskie. Nie ma już tylko wsi żydowskich. W wielu miejscach przypominają o nich opuszczone kirkuty. W Tichym oprócz kirkutu zachował się także mały dom modlitwy, dziś mieści się w nim jeden ze sklepów Wasyla i Natalii. Śladem po panowaniu na tych terenach Autro-Węgier i Czechosłowacji jest także sposób mierzenia czasu. Oficjalnie obowiązuje tu czas ukraiński (+1h w stosunku do Polski), ale większość mieszkańców posługuje się tzw. czasem zakarpackim, czyli takim jak u nas. Wynikają z tego różne komplikacje np. jeśli nie ma rozkładu, ciężko dowiedzieć się od miejscowych kiedy przyjeżdża pociąg. Dlatego pytając o róże rzeczy trzeba zawsze ustalić jakim czasem się operuje. Różnice czasowe mają także swoje zalety. Właśnie z tego powodu dwa razy witaliśmy Nowy Rok, najpierw według czasu ukraińskiego a potem według zakarpackiego.

BIESZCZADY-BRAMA DO LEPSZEGO ŚWIATA

Podczas naszego pobytu w Tichym całe dnie spędzaliśmy na wędrówkach po ukraińskich Bieszczadach, górach dzikich, z wielokilometrowymi połoninami, bez znakowanych szlaków i bez tłumów turystów. Warunki wymagają tu od turysty dużego doświadczenia, umiejętności korzystania z mapy i kompasu. Spore wrażenie mogą zrobić mapy, których używa się w górach u naszych sąsiadów, nie tylko w Bieszczadach. W okolicach Tichego poruszaliśmy się z kserokopią mapy węgierskiej z ...1914 r.! Szczegółowych map ukraińskich po prostu nie można kupić (są tylko w skali 1:200 000). W zależności od obszaru korzysta się więc z map wykonanych jeszcze za czasów Cesarstwa Austro-Węgierskiego, lub dla terenów dawnej Rzeczpospolitej, z przedwojennych map polskich. Dla nas góry były tylko rozrywką i atrakcją turystyczną, dla innych stały się bramą do lepszego świata. Uświadomili nam to dopiero nasi gospodarze, podczas jednej z wieczornych rozmów. - Na początku grudnia po Tichym błąkał się Wietnamczyk. Miał na sobie letnią kurtkę, był bardzo wycieńczony i zupełnie nie przygotowany do warunków zimowych. Odłączył się od grupy imigrantów, którzy mieli nielegalnie przekroczyć granicę z Polską - opowiada Natalia. Przez ukraińskie Bieszczady przebiega główny szlak przerzutowy uchodźców na Zachód. W przygranicznych rejonach Ukrainy ludzie często znajdują w lesie zbłąkanych wędrowców z egzotycznych krajów, niestety nie zawsze żywych. - W zeszłym roku mężczyźni z naszej wsi znaleźli dwóch zamarzniętych. U nas to nic specjalnego - dodał Wasyl.

WINOGRONOWA SISTIEMA

Po sylwestrze, którego spędziliśmy z naszymi gospodarzami w Tichym, wyruszyliśmy do Polski. Z przyczyn poznawczych wracaliśmy do kraju bardzo okrężna drogą, przez Użhorod i Słowację. Ale było warto. Granica ukraińsko-słowacka robi wrażenie. Oba kraje oddziela solidna sistiema (pas ziemi pokryty zasiekami z drutu kolczastego pod napięciem - red.). To pozostałość dawnych czasów. Dziś druty kolczaste są dzierżawione i uprawia się na nich... winogrona. A więc idzie ku lepszemu! XX wiek nie był spokojny dla Zakarpacia. Jaki będzie XXI ? Tego jeszcze nie wiadomo. Warto jednak pamiętać, że demony łatwo jest obudzić, szczególnie w rejonach, gdzie na małej przestrzeni współżyje ze sobą tyle narodów.

AGNIESZKA SKIETERSKA

marzec 2002r.

UKRAINA- INFORMACJE PRAKTYCZNE

Kilka porad: - Wyjeżdżając najlepiej zabrać ze sobą na dolary lub euro(w małych nominałach)
- Waluta: hrywna (1h = ok.0,60 zł), często stosuje się przelicznik 1:1


Dojazd: - Pociągiem- najtaniej do stacji granicznej Rawa Ruska i stamtąd już ukraińskim pociągiem elektrycznym do Lwowa, koszt ok. 32 zł.
- Autokarem- kilka razy dziennie kursują autobusy Przemyśl-Lwów(cena 15 zł) i Lwów-Przemyśl (29 hrywien czyli ok.27 zł). Poza tym z wielu większych miast Polski (np. z Warszawy, Lublina) są bezpośrednie połączenia autobusowe.


Komunikacja: Jest tania, zwłaszcza pociągi (np. pociąg relacji Lwów- Wołosianka kosztuje 5.85 h) ale w wielu rejonach słabo rozwinięta. Często trzeba wynajmować busy czy taksówki.

Noclegi: Popularne jest wynajmowanie kwater prywatnych, na wsiach (3-10zł), w miastach drożej (ok. 20-25zł). W Kijowie noclegi kosztują ok. 35-40zł. W tanim hotelu we Lwowie nocleg kosztuje ok. 25zł

Ceny: Bardzo przystępne np.dwudaniowy obiad w restauracji we Lwowie ok.12-18 zł, piwo w knajpie ok.2 zł. Żywność trochę tańsza niż u nas. W sklepach jest wszystko, ale na prowincji mogą zdarzyć się kłopoty z zaopatrzeniem. Warto mieć ze sobą zapas jedzenia, na czarną godzinę.


<<< WSTECZ